niedziela, 8 grudnia 2013

Rozdział 25

Decyzja podjęta.Wyjeżdżam. Pakowałam już chyba ostatnie rzeczy.Czerwona bluzka, niebieska , kremowa z wąsami. Teraz do łazienki po resztę. Prostownica, lokówka , suszarka pełno różnych cieni ,kilka puderniczek. Ale tego dużo. Mamy wyjechać jutro z samego rano. Czyli muszę wstać o 4 , bo wyjeżdżamy o 5 .Zajebiście. Czujecie ten sarkazm? Schowałam kosmetyczkę do torby. Dobra teraz buty. Z tym będzie kłopot. Mam ich strasznie dużo ! Jak zeszłej zimy liczyłam ile mam par wyszło mi 57 a minął rok. Czyli jest o jakieś 20 więcej. Teraz trzeba wybrać te najlepsze, resztę sobie dokupię hmmm... Te różowe - za fajne, czarne na koturnie są dobre na imprezy , trampki wygodne, kozaki ciepłe. Kurwa nie umiem się zdecydować. Wzięłam do ręki telefon ,żeby sprawdzić godzinę. To mi przypomniało ,że jeszcze nie zrobiłam najgorszego. Nie powiadomiłam o tym Liz. Nie chcę wiedzieć jak zareaguje. Boję się ,że będzie mnie próbowała zatrzymać. W końcu jednak trzeba będzie ją powiadomić o tym ,że wyjeżdżam. Odłożyłam telefon na szafkę i rzuciłam się na łóżko. Jak ja jej to powiem? Może napisze do niej sms-a rano.. tak, tak chyba będzie najlepiej.Poszłam do łazienki wzięłam długi prysznic i położyłam się spać.
*Rano*
-Annabell pośpiesz się, bo zaraz się spóźnimy na samolot!
-Nic nie mówiliście ,że lecimy samolotem !- odkrzyknęłam i zaczęłam na siebie wciskać jakieś spodnie które naszykowałam sobie wczoraj. Po tym tylko buty, torebka i ..telefon. Kurwa gdzie on jest?! Na szafce , na łóżku w szafie w łazience. No ja pieprze nigdzie go nie ma . Schyliłam się i popatrzałam pod łóżko. Jest! Uff.. dobra mogę iść. Wsiadając do samochodu miałam wrażenie ,że opuszczam to miejsce na zawsze. A przecież wyjeżdżam tylko na jakiś czas . Dobra jestem w połowie drogi na lotnisko, mogę napisać do Liz.

Do: Liz <333
Hej ;* Przepraszam ,że tak smsem ale bałam Ci się spojrzeć w oczy. Wiem to głupie. Bez przedłużania wyjeżdżam do Irlandii na jakieś kilka miesięcy może lat... Jestem w połowie drogi na lotnisko. Do zobaczenia niedługo kocie  <33

Wysłano.Patrzyłam się przez okno samochodu jak szybko zmienia się krajobraz za szkłem. Padał śnieg. No tak za półtora tygodnia Boże Narodzenie. Tym razem spędzę je w Irlandii. Irlandia... o kurwa to z tamtąd  przyjechali chłopaki... Ale nie ma tego złego jak oni wrócą do domu to ja już będę w Londynie.

*Perspektywa Liz* 

Dzwonek telefonu. Kurwa kto śmie zakłócać mój sen. Popatrzyłam na wyświetlacz .Od : Ana ;3
Od razu usiadłam wyprostowana.Wystraszyłam się ,że może jej się coś dzieje.Po przeczytaniu wiadomości , przez pierwszą chwilę jej nie uwierzyłam, ale po sprawdzeniu godziny byłam pewna , że to nie żart. No bo kto wysyłałby takiego sms-a o 5 nad ranem. Zerwałam się z łóżka , wzięłam pierwsze lepsze ciuchy szybko je na siebie zarzuciłam i wybiegłam z pokoju trzaskając drzwiami. Wszyscy wychylili się z pokojów w tej samej chwili. Ops smuteczek obudziłam ich. Ja już ubierałam buty.
-Liz  co się dzieje? - zapytał mnie zaspany Louis.
-Dajcie mi kluczyki od samochodu- i nagle wszyscy wytrzeźwieli.
-Nie pozwolimy ci prowadzić w środku nocy jeszcze kiedy pada śnieg - wkurwił mnie tym.
-Po prostu dajcie te walone kluczyki ,jak zaczekam do rana to zobaczę się z Aną dopiero za kilka miesięcy a znając jej rodziców to za kilka lat albo nigdy więc kurwa nie wkurzajcie mnie i dajcie te kluczyki- popatrzyli się na mnie z minami WTF? 
-Co się dzieje Anie? - Harry był strasznie zniecierpliwiony. Bał się o nią.
-Nic się jej nie dzieje ale chyba jest już na lotnisku do Irlandii i mogę się już z nią nie zobaczyć . Proszę dajcie mi te kluczyki.
-Nie ,nie damy Ci ich jeszcze sobie coś zrobisz jak jest tak ciemno. Ja poprowadzę - powiedział Harry i pobiegł do swojego pokoju. Reszta zrobiła tak samo. Za jakieś 2 minuty , które ciągnęły mi się w nieskończoność wyszli z pokoju już przebrani i rozbudzeni.Wybiegliśmy z domu i skierowaliśmy się prosto do samochodu chłopaków. Harry tak jak mówił , prowadził. Ja siedziałam na miejscu pasażera i się strasznie niecierpliwiłam. Możliwe ,że już jej nie ma w Londynie, że jest już w samolocie a ja jej nie zobaczę przez kilka lat.Chociaż strasznie chciałam odpędzić od siebie te złe myśli to one wracały za każdym razem jak bumerang. Wysiedliśmy z samochodu i zaczęliśmy biec w kierunku wylotu samolotu do Irlandii.Potknęłam się jakieś 3 razy ,na szczęście za każdym razem któryś z chłopaków mnie podtrzymywał. Harry biegł z nas wszystkich najszybciej. Zauważyłam te jej brązowe włosy czekała jeszcze w kolejce,ale była czwarta więc za chwile mogłam ją stracić. 
-Annabell !- Harry wydarł się na cały głos, zwracając tym uwagę wszystkich także jej.

*Perspektywa Annabell*

Lot nam się opóźnił i musieliśmy jeszcze chwilę czekać. W końcu rozległ się głos z głośników jakiejś kobiety ,że możemy się już kierować się w stronę samolotu.Szłam powoli i niepewnie. Myślałam tylko o tym ,żeby znów się przytulić do Harrego. Poczuć jego dotyk, jego zapach, żeby znowu czuć na swoich ustach jego wargi. Dzięki wyleceniu z miasta myślałam ,że jakoś łatwiej będzie mi o nim nie myśleć.A tu dupa. Myślałam o nim jeszcze bardziej, że już do końca życia go nie zobaczę. Będziemy już całe życie pokłóceni. Stałam w kolejce do oddania biletów i miałam wsiąść do samolotu. I po prostu odlecieć , zostawić to wszystko i zniknąć. Przede mną stały jakieś trzy osoby.Za mną ciągnęła się długa kolejka. W niej byli gdzieś moi rodzice.Gdy usłyszałam głos Harrego serce mi stanęło. Rozejrzałam się w kierunku skąd dobiegł głos i ich zobaczyłam. Zobaczyłam całą szóstkę. Z trudem łapali powietrze. Harry nadal biegł w moją stronę przepychając się przez ludzi. 
"Już nie wytrzymałam przeskoczyłam nad bramkami i podbiegłam do niego . On zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku i uniósł do góry.Zaczął się ze mną kręcić jakbym nic nie ważyła. I znowu poczułam na swoich wargach jego. Czuć było w tym pocałunku desperacje i strach. Całował mocno nadal przyciskając mnie do siebie jakbym za chwilę miała się rozpaść na małe kawałeczki. Właściwie byłam tego bliska. Po oderwaniu się od siebie.Harry złapał moją twarz w swoje ręce i patrząc mi prosto w oczu wyszeptał:
-Przepraszam... przepraszam Cię za wszystko -znowu złączyłam nasze usta razem.
-Tęskniłam za tobą - wyszeptałam mu do ucha.
-Ja za tobą też."
Taa jakby to było takie proste to czemu nie. Odwróciłam głowę i skarciłam się w myślach, że w ogóle o czymś takim pomyślałam. Gdy kobieta odebrała ode mnie bilet, ruszyłam biegiem ,żebym nie musiała patrzeć w oczy żadnemu z moich przyjaciół. Gdy tylko usiadłam na krzesełku odetchnęłam ,ale czy z ulgą? Nie byłam pewna.
-Siema też do Irlandii? -zapytała mnie jakaś brunetka.Z pewnością była ode mnie starsza. Może o jakieś 2 albo 3 lata. Dosiadła się do mnie. Ja kiwnęłam głową i poszukałam wzrokiem rodziców.Siedzieli 5 rzędów za mną jeszcze z prawej strony a ja z lewej. 
-Po co tam jedziesz ? - po raz drugi usłyszałam głos dziewczyny.
-Pomóc rodzicom z firmą -uśmiechnęłam się lekko.
-Czyli do pracy ,tak ?
-Tak dokładnie. 
-A do jakiej firmy? - boże ale ona ciekawska.
-Williams industries technology.
-No co ty ??? Ja też. A więc witaj wspólniczko -uśmiechnęła się ciepło i wyciągnęła rękę w moją stronę. Uścisnęłam ją a dziewczyna lekko nią zakołysała.
-A więc jak masz na imię?
-Annabell a ty ?
-Sydney . Sydney Evans.

--------------------------------------------------
No witajcie <333 
Dziękuje tym osobom które komentują.
To jest naprawdę miłe i zachęca do dalszego
pisania. 
Jeśli czytasz, a jeszcze nic nie skomentowałaś
to zostaw chociaż jeden kom. to i tak
dla mnie wiele znaczy.
Nie za bardzo   wiedziałam jak nazwać
firmę rodziców Any, więc przepraszam
jak jest jakaś dziwna .
To co chcecie się dowiedzieć jak wygląda
 "tajemnicza" Sydney Evans??

Tu macie jej fotkę ;***


2 komentarze: